Kolejny zjazd odszedł w zapomnienie, a ja standardowo leczę kaca po niedzielnym piciu. Tym razem tylko ja, moja M. i butelka ...czegośtam. I długie rozmowy, niby wałkowanie tych samych kwestii, tych samych problemów, ale jednak bariery i opory psychiczne, by o pewnych rzeczach mówić, kruszeja stopniowo i z każdym kolejnym takim spotkaniem jesteśmy w stanie powiedzieć sobie więcej. I znów okazuje się jak bardzo symbiotyczna jest nasza przyjaźń, gdzie ja odpowiadam na wszelkie jej pytania i wątpliwości dotyczące materiału ze studiów i zdrowia, a ona na moje dotyczące tego, jak radzić sobie z życiem. Kluczową kwestią tu jest fakt, że M. jest osobą, której zdanie szanuję - a nie zdarza mi się do często, zgodnie z zasadą, że na szacunek trzeba sobie czymś zasłużyć - i gdy ona mówi 'odpuść sobie', to wiem, że tak właśnie zrobić powinnam. I.. god, to zrządzenie losu, opatrzność i przychylność gwiazd, że trafiłam ze wszystkich ludzi świata akurat na nią, że obie przypadkiem wybrałyśmy studia na SGGW i że obie mamy nazwiska na "K" dzięki czemu trafiłyśmy do jednej grupy, poznałyśmy się, stopniowo do siebie zbliżyłyśmy, mimo, że tak naprawdę różni nas wszystko oprócz imienia i koloru włosów i od połowy drugiego roku gdyby ktoś mnie zapytał o najbliższą przyjaciółkę, bez wątpliwości wskazałabym właśnie ją;
Mogłabym na koniec opowiedzeieć o różnych kabaretach jakie miały miejsce podczas zjazdu, ale historie są długie, zawiłe i totalnie pokręcone, a nie będę tu tworzyć powieści; wystarczy wspomnieć, że wiążą się ze wspaniałą jak zwykle organizacją na mojej uczelni a także tą nawiedzoną panną, która przyszła do nas z ekonomii - o której jak sądzę już wspominałam - i która na nieszczęście próbuje we mnie szukać przyjaciela. A ja tak nie lubię głupich, ale ambitnych, niezbyt zdrowych trójek, ajć, strasznie, strasznie nie lubię...
Current Mood: 
blank